Marta Smith opowiada o jednej z najważniejszych decyzji swojego życia. Jak lunche na worku z tynkiem pozwoliły jej spędzać długie wakacje w egzotycznych krajach.
Jedna spontaniczna decyzja pociąga za sobą czasem cały łańcuch wydarzeń, które nieodwracalnie zmieniają bieg życia. Kiedy w grudniu 2012 roku postanowiliśmy rzucić pracę, spakować manatki do naszego starego Fiata Scudo i przeprowadzić się do Szkocji, żeby wyremontować dom odziedziczony po babci Lloyda, nigdy nie przypuszczaliśmy, że przez kolejne pięć lat wykonamy jeszcze sto takich remontów, staniemy się właścicielami ponad 20 domów na wynajem, weźmiemy w zarząd kilkanaście apartamentów i zakupimy 4 hotele!

No tak, łatwo jest tak przeskoczyć do przodu o 5 lat i z dumą popatrzeć na to wszystko jako na osiągnięcie, ale nie stało się to z dnia na dzień. Kiedyś, gdy czytałam wywiady z ludźmi biznesu i słucham ich historii, to zazwyczaj miałam niedosyt i ogarniała mnie frustracja. Dlaczego? Bo zazwyczaj mówili o trudnych, wręcz dramatycznych początkach, jednym przełomowym momencie, a potem… jakby czas przyspieszył i nagle pojawił się sukces. Miałam wrażenie, że pomija się nudny “środek”, podczas gdy, jak tak bardzo chciałam się dowiedzieć jak buduje się biznes, krok po kroku. Zawsze zastanawiało mnie, co się zadziało między trudnym początkiem a przełomem oraz kiedy i jak biznes zaczął przyspieszać.

Choć zdaję sobie sprawę, że sukces to nie nagłe zdarzenie, ale proces (choć niekoniecznie długi), to jednak teraz z perspektywy własnego doświadczenia rozumiem już, że nudny środek to po prostu powtarzanie coraz więcej i częściej tego, co działa. Środek to wprowadzanie skali. To robienie tego samego flipa po raz X i wstawianie tej samej kremowej kuchni z drewnianym blatem po raz Y. To setki godzin poświęconych na przeglądaniu ogłoszeń w poszukiwaniu okazji inwestycyjnej, która działa. To odbieranie czterdziestej pary kluczy od pośrednika, co ekscytuje już trochę mniej niż odbieranie pierwszej, drugiej i trzeciej. To podpisywanie umowy najmu po raz osiemnasty, co też nie jest historycznym zdarzeniem i dzieje się w środowy wieczór między obiadem a wyprowadzeniem psa na spacer. I dzieje się tak mimochodem, że nie mamy czasu napisać o tym nie tylko kroniki, ale i nawet szybkiego wpisu na Facebooku.

Jeśli dobrnąłeś do końca poprzedniego paragrafu, to już mniej więcej wiesz, jak wyglądał mój nudny środek, czyli wprowadzenie skali w nieruchomościowym biznesie. Ale może zastanawiasz się jak wyglądały moje początki? Co było najtrudniejsze? W tym wpisie blogowym nie jestem w stanie opisać całej mojej historii, bo to temat na dłuższą formę (być może książkę?), ale chciałabym podzielić się z Wami kilkoma wspomnieniami i najważniejszymi spostrzeżeniami z moich początków, które – mam nadzieję zachęcą Cię do postawienia własnych kroków na drodze do finansowej wolności i pomogą Ci zacząć Twoją przygodę z nieruchomościami w dużo bardziej świadomy i mądry sposób.

Brak poczucia bezpieczeństwa

Przestawienie się na życie z nieruchomości, a nie etatu było bardzo trudne i przez pierwsze 10 miesięcy miałam ochotę się poddać i zastanawiałam się, czy nie popełniłam błędu. Choć na etacie przepracowałam zaledwie kilkanaście miesięcy, to jednak stary sposób myślenia dawał mi się we znaki bardzo, bardzo długo. Brak regularnych dochodów przerażał mnie. Ponieważ zaczynaliśmy w czasie recesji, na północy Szkocji, kiedy rynek był bardzo powolny, na “wypłaty” z naszych flipów musieliśmy czekać kilka miesięcy. Kilka miesięcy, podczas których nasze konto bankowe nieuchronnie grawitowało do zera, bo wszystkie oszczędności wydawaliśmy na remonty. Aplikowaliśmy nawet o pracę, żeby tylko zapchać budżetową dziurę w międzyczasie, ale w małym szkockim miasteczku o pracę było ciężko. Ja uczyłam angielskiego Polaków przez Skype, Lloyd – mył babciom z sąsiedztwa podjazdy karcherem. Jak było ciężko, to nawet sprzedaliśmy większość niepotrzebnych mebli, gadżetów i sprzętów, żeby podratować nasze finanse. To akurat był sprytny ruch, bo przed nami było wiele przeprowadzek i z lżejszym balastem po prostu było nam łatwiej. Taki wymuszony minimalizm.

Jednak kiedy pojawiło się pierwszych parę dużych “wypłat” i kiedy uświadomiłam sobie, że z każdego flipa zarabiam od 3-5 razy tyle, co z mojej rocznej pracy na etacie, zaczęłam nabierać wiary, że to inwestowanie jednak ma sens. Po pierwszym flipie wybraliśmy się na długie wakacje do Tajlandii, po drugim – na 8 tygodni w Australii i na Pacyfiku, po kolejnym – do Dubaju. Inwestowanie pociągnęło za sobą ekscytujący styl życia, o którym nawet nie marzyłam!

Wnioski:

Nie rzucaj pracy, dopóki nie zastąpisz dochodów z pracy – dochodem z nieruchomości. Jeśli wybierasz na początek strategię flipów (której nawiasem mówiąc, nie wybrałabym jako pierwszej, gdybym mogła zacząć jeszcze raz od zera, ale kiedy zaczynałam to nie znałam żadnej innej), to upewnij się, że masz finansową poduszkę bezpieczeństwa, która pozwoli Ci przetrwać miesiące oczekiwania na wypłatę. Jeśli możesz – to zacznij od strategii, które nie angażują dużego kapitału, jak podnajem czy deal sourcing (tu znajdziesz PDF do pobrania). Staraj się od początku budować źródła pasywnego dochodu przez różne formy najmu.

Samotna droga przez mgłę

Kiedy zaczynałam moją przygodę z nieruchomościami, to miałam o nich mniej pojęcia niż Ty po obejrzeniu jednego z naszych webinarów. Serio! Nie przeczytałam ani jednej książki o nieruchomościach, nie miałam pojęcia o grupach wsparcia w internecie, mało tego, nie spotkałam ani jednego innego inwestora z krwi i kości.  Nie wzięłam udziału w żadnym szkoleniu, bo nawet nie wiedziałam, że takie istnieją. Wszystkiego uczyłam się metodą prób i błędów. Patrząc na to z perspektywy czasu, wiem, że nie była to najtańsza i najszybsza metoda.

Całe szczęście nie byłam tak zupełnie sama – bo pchaliśmy ten inwestycyjny wózek razem z wtedy narzeczonym, a teraz mężem. Kiedy miałam gorsze dni i chciałam się poddać, Lloyda wiara w nasz model biznesowy, podtrzymywała mnie na duchu. Z kolei gdy on się frustrował kolejną wpadką któregoś z fachowców, ja starałam się uspokoić jego nerwy. To trochę jak w tej piosence, która była popularna, kiedy dorastałam: “kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze”.

Na początku 2015 roku trafiłam na jedną z grup dyskusyjnych, gdzie poznałam mojego mentora, Davida. Zaczęło się od tego, że poprosiłam o polecenie książek o biznesie, a on skompilował mi listę. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że nadawaliśmy na tych samych falach. Wkrótce potem David stał się pierwszym z naszych klientów – zarządzaliśmy dla niego projektem budowlanym. Rozmowy z Davidem uświadomiły nam, że musimy koniecznie zbudować sobie pasywny dochód z najmu i wprowadzić skalę w naszym biznesie. Od tego spotkania nasz rozwój przyspieszył dramatycznie!

Wnioski:

Znajdź sobie grupę wsparcia i otaczaj się ludźmi, którzy już robią to, nad czym Ty się dopiero zastanawiasz. Postaw na edukację i ciągły rozwój – bo stanie w miejscu kosztuje, a kosztem są stracone okazje. Nie musisz od razu wiedzieć wszystkiego, bo nie chodzi o to, żeby napakować się wiedzą, której nie wprowadzasz w życie – ale nie przestawaj się rozwijać. Zapraszamy do facebookowej grupy Kobieca Strona Inwestowania

Wstyd

Dziś dumnie mogę o sobie powiedzieć: jestem inwestorką. Ale kiedy zaczynałam w nieruchomościach, nie było w tym dla mnie nic dumnego. Wręcz przeciwnie – miałam wrażenie, że muszę się przed wszystkimi tłumaczyć, dlaczego zamieniłam pracę w prestiżowej kancelarii prawnej, na pracę na budowie i w kurzu. Kiedy moi znajomi ze studiów pieli się po szczeblach sterylnych korporacji i robili aplikacje, ja pracowałam jak przysłowiowy robol. Siniaki, pianka, której nie dało się pozbyć z palców i paznokci, poplamione farbą ciuchy, paznokcie w emalii, mieszkanie na budowie, spanie na dmuchanym materacu, jedzenie lunchu na workach z tynkiem – to była moja codzienność. Wielu ówczesnych znajomych patrzyło na mnie z politowaniem. Podczas gdy oni do dziś wymieniają czas na pieniądze i wykonują tę samą pracę dzień po dniu, ja przeżyłam kilka lat ekscytującej przygody i stworzyłam biznes, z którego mogę dziś być dumna.

Wnioski:

Całe szczęście istnieją techniki inwestowania, które nie wymagają podniesienia młotka. Możesz inwestować w nieruchomości nie brudząc się. Dla mnie parę lat na budowie było bardzo pożyteczne. Zdobyłam bezcenną wiedzę o konstrukcji budynków i wszystkich “bebechach”, których nie widać gołym okiem. Dodatkowo moja kondycja fizyczna była w szczytowej formie! Żadna praca nie hańbi: cokolwiek robisz, wkładaj w to 100% – czy to praca fizyczna, czy umysłowa.

Zmiana postrzegania czasu

Jedną z rzeczy, które bardzo szybko zauważyłam odkąd zaczęłam pracować na własny rachunek, a nie na etacie i odkąd robiłam to, co wydawało mi się ekscytujące, była zmiana postrzegania czasu. Pamiętam z pracy biurowej, że odkąd tylko pojawiłam się w pracy rano, to co chwilę spoglądałam na zegarek i odliczałam godziny do przerwy obiadowej. Nie mogłam się doczekać, aż coś zjem. Po przerwie obiadowej zazwyczaj wracałam dość ospała i odliczałam godziny do wymarzonej siedemnastej piętnaście. Odkąd zaczęłam pracować dla własnego zysku i robić to, co mnie ekscytowało – wszystko wywróciło się do góry nogami. Czas uciekał nieubłaganie i miałam wrażenie, że i przerwa obiadowa, i koniec dnia nadchodził po prostu za szybko.

Wnioski:

“Time flies when you’re having fun!” Czas jest Twoim najcenniejszym zasobem. Nie zmarnuj lat robiąc coś, co Cię męczy.

Jesteś na początku swojej inwestycyjnej przygody? A może masz za sobą lata w branży? Daj znać, jakie są lub były Twoje początki!

Notka o autorze

Marta Smith

Inwestuje w nieruchomości i buduje sieć butikowych hoteli w Walii. W ciągu zaledwie 5 lat wykonała ponad 100 projektów inwestycyjnych i zbudowała portfel nieruchomości w postaci 20 własnych domów na wynajem długoterminowy w UK oraz kilkunastu domów i mieszkań na najem krótkoterminowy w podnajmie. Zaczynając inwestować chciała uzyskać wymarzony dochód pasywny, by móc podróżować po świecie, a dzisiaj to coś znacznie więcej. Kocha inspirować innych do osiągania finansowej niezależności.