Kto nie ryzykuje, nie pije szampana, głosi nasze polskie przysłowie.

Jednak jaki musi być ten przysłowiowy szampan, by nasza ludzka natura faktycznie była skłonna zaryzykować dla kilku jego łyków? Kiedy jesteśmy zdolni do ryzyka, a kiedy przesadnie się przed nim bronimy?

O ludzkiej naturze w kontekście podejmowania ryzyka opowiada Piotr Zielonka, profesor nadzwyczajny w katedrze fizyki Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i współpracownik Akademii Leona Koźmińskiego, gdzie kieruje studiami Psychologia biznesu dla managerów. Zawodowo zajmuje się psychologią ryzyka i inwestowania.

Natura wyposażyła człowieka w bardzo silny instynkt ochrony posiadanych już dóbr i dużą rezerwę w podejmowaniu ryzyka w zdobywaniu nowych. Zrozumienie jej istoty a jest ważnym tematem dla każdego, kto na co dzień podejmuje decyzje finansowe. Poznanie, zrozumienie i uświadomienie sobie mechanizmów, jakie są częścią ludzkiej natury, pozwala podejmować lepsze decyzje inwestycyjne.

Odkryto wiele mechanizmów, które wpływają na ludzki stosunek do emocji, ryzyka i straty. Są one jednakowe bez względu na to, jaki rodzaj inwestowania weźmie się pod uwagę. Inaczej sprawa wygląda z pieniędzmi. Suma, jaką dysponujesz i chcesz zainwestować, ma dużo większy wpływ na to, jak oszacujesz ryzyko danego projektu. Inny stosunek mamy do małych kwot, a inny do dużych.

Mówi o tym The peanuts effect, czyli efekt małych pieniędzy, który pokazuje, że ludzie są o wiele bardziej skłonni do ryzyka, jeśli w grę wchodzą małe kwoty pieniędzy. Ich strata jest niemal bez znaczenia. Nie trzeba jednak przywoływać naukowych teorii, żeby zrozumieć, że z większą łatwością wydasz 100 zł niż 100 000 zł.

Rodzaj inwestycji oczywiście również ma znaczenie, choć drugorzędne. Objawia się ono na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to płaszczyzna emocjonalna, związana z efektem, który niesie sam projekt. Jedne przedsięwzięcia są bardziej nobilitujące i chętnie się nimi pochwalisz, o innych wolisz milczeć.

Druga to czas inwestycji, od którego zależy, jak długo będziesz czekał na zysk. Tu rodzaj inwestycji odgrywa ogromną rolę, ponieważ jest diametralna różnica między projektem, który przyniesie pieniądze po pół roku a tym, na zysk, z którego będziesz czekał 30 lat.

Początkujący inwestorzy bardzo często związani są strachem, który nie ma realnego przełożenia na rzeczywistość. Nawet jeśli mają wystarczającą wiedzę, by sprawnie inwestować, obawiają się wykonania pierwszego kroku. Dominującym elementem przy rozpoczynaniu jakiejkolwiek inwestycji jest efekt status quo. Ludzie, jeśli nie muszą, nie ryzykują. Oczywiście, często ryzykujemy dla przyjemności, ale podczas tej zabawy budżet jest ściśle określony i nigdy nie przekracza kwoty, którą faktycznie posiadamy. Mało kto nonszalancko zaryzykuje pieniądze, które wziął na kredyt.

Zdecydowana większość ludzi bardzo ostrożnie obchodzi się z pieniędzmi, na które ciężko pracowała, lub które zostały pożyczone. Efekt status quo polega na tym, że bezpieczniej czujemy się w rzeczywistości, w której funkcjonujemy, jeśli nie jest ona skrajnie zła, niż kiedy wypuszczamy się na nieznane wody.

Trudno w całości przedstawić teorię, która opisuje zachowanie ludzi w warunkach niepewności czy ryzyka. Obrazuje ją wykres w postaci niesymetrycznej litery „S”, której środek przypada na tzw. punkt odniesienia pomiędzy zyskami i stratami. Litera „S” obrazuje umysłową wycenę różnego rodzaju dóbr, jak pieniądze, i często nosi nazwę funkcji użyteczności. Z kształtu tej litery można wnioskować, jaki jest stosunek ludzi do ryzyka w sferze zysków i strat.

Generalnie dla dużych kwot ludzie wykazują wysoką skłonność do ryzyka w sferze strat oraz awersję do ryzyka w sferze zysków. Co to oznacza? Jeśli stoisz przed perspektywą utraty 50 000 zł, to jesteś w stanie zaryzykować o wiele więcej, żeby nie stracić tych pieniędzy. Jednak jeśli ktoś zaproponuje ci grę: rzucimy monetą, jeśli wypadnie reszka, dostaniesz 10 000 zł, jeśli orzeł – stracisz 10 000 zł, to nie podejmiesz ryzyka.

Ta gra nie będzie atrakcyjna dla większości osób, chociaż jej zasady są bardzo sprawiedliwe, ponieważ jest aż 50 proc. szansy na wygraną. Jednak wizja utraty pieniędzy z takim samym prawdopodobieństwem jest znacznie bardziej przerażająca. Co musi się stać z ryzykownym projektem, aby ludzie w niego weszli? Ludzi przyciąga większa wypłata niż strata, więc kwota zysku musi być o wiele większa niż ta, którą potencjalnie możesz stracić.

Zasady gry musiałyby więc zostać zmodyfikowane: jeśli wypadnie reszka – wygrywasz 5 000 000 zł, jeśli orzeł – tracisz 10 000 zł. A najlepiej jak działają dwa czynniki – większa wypłata niż potencjalna strata oraz większe prawdopodobieństwo potencjalnego zysku, czyli dodatkowo jest 99 proc. szansy, że wygrasz 5 000 000 zł i 1 proc. że stracisz 10 000 zł. Taka gra jest bardzo atrakcyjna i warto w nią wejść. Każdy, kto dysponuje 10 000 zł, bez których może się obejść, zaryzykuje, ponieważ jest ogromna szansa na wygranie dużych pieniędzy i niewielka szansa na stratę relatywnie małych pieniędzy.

Jednak ludzie szacują szansę i wypłatę często tylko na poziomie emocjonalnym. Jeśli ktoś uzna, że dla niego 5 000 000 zł to za mało, żeby poświęcić 10 000 zł, albo uzna, że 1 proc. potencjalnej straty to dość duże ryzyko, nie podejmie działania. Potem oczywiście może żałować, że nie wykorzystał okazji, ale w momencie podejmowania decyzji nie tyle będzie wiedział, co będzie czuł, że lęk przed ryzykiem jest zbyt duży, aby zdecydować się na grę.

Model efektu status quo, a szerzej mówiąc teorii perspektywy, abstrahuje od emocji. Mówi o wycenie, o użyteczności pewnych wypłat. To bardzo uproszczony model, ale pokazuje, dlaczego ludzie boją się wchodzić w inwestycje, dlaczego nie chcą rozpoczynać ryzykownych projektów. Jeśli dodamy do tego emocje, to obraz staje się bardziej zagmatwany.

Pojawia się strach, nadzieja, ewentualnie duma lub wstyd z osiągniętych efektów. Sama psychologia ryzyka, związana z charakterem funkcji użyteczności, jest dosyć dobrze skwantyfikowana. Oznacza to, że sporo rzeczy można obliczyć i dzięki temu przewidzieć zachowanie człowieka. Jednak po nałożeniu na to emocji, predykcje się kończą.

Już bez uwzględnienia emocji krzywa „S” jest niesymetryczna, co polega między innymi na tym, że jest ona o wiele bardziej stroma po stronie strat niż po stronie zysków. Oznacza to, że jeśli mamy wycenić dwa zdarzenia: radość z nagrody, na przykład ze znalezienia 1000 zł, oraz smutek odczuwany po utracie 1000 zł, to okazuje się, że ból po stracie, mierzony w tych samych znormalizowanych jednostkach, jest o wiele silniejszy, niż radość po zysku. Czyli o wiele bardziej zaboli cię utrata 1000 zł niż jego zyskanie. Nie ma tu żadnej symetrii, choć kwota pozostaje taka sama.

Możemy jeszcze bardziej skomplikować te kalkulacje. Richard Thaler, laureat Nagrody Nobla z 2017 roku, jest autorem koncepcji księgowania mentalnego, które na wykres „S”, obok emocji, nakłada jeszcze rodzaj inwestycji. Okazuje się, że jeśli sprecyzujemy, skąd pochodzą środki lub na co są przeznaczone, to ludzie są w stanie podejmować odmienne decyzje w zależności od źródła funduszy lub celu, na który je przeznaczają.

Przykładowo inaczej traktujemy pieniądze, które wygraliśmy na loterii lub dostaliśmy od bogatego wujka, a inaczej te, które zarobiliśmy ciężką, wytrwałą pracą. Łatwo się domyślić, że w przypadku tych pierwszych wykazujemy większą skłonność do ryzyka, a w przypadku tych drugich – już nie. Dlatego większość ludzi traci pieniądze wygrane na loterii. Jest to tzw. hausman effekt, czyli efekt na koszt firmy – osoba, która wygrała, nie czuje, że są to jej pieniądze. Ludzie mentalnie księgują posiadane pieniądze, w zależności od tego skąd one pochodzą i na co zamierzają je wydać.

W przypadku wygranej na loterii jest jeszcze drugi efekt, nazywany ogólnie adaptacją, który wskazuje na to, że ludzie jeszcze przed wygraniem dużej kwoty pieniędzy myślą, że przyniesie im ona dużo szczęśliwości, że ich życie zmieni się na lepsze, a oni staną się innymi ludźmi. Kiedy jednak po kilku latach od wygranej zapytać ich o stan ich ducha, okazuje się, że oceniany przez nich poziom szczęśliwości jest zbliżony do tego, który mieli przed wygraną i który odpowiada średniemu poziomowi szczęścia w populacji. Oczywiście, jeśli nie udało im się wydać wszystkich pieniędzy, nadal będą bogatsi niż przed wygraną, ale nie bardziej szczęśliwi.

Niektórzy ludzie mają wyobrażenie zewnętrznej kontroli nad swoim życiem. Niezależne od nich czynniki determinują, czy czują się oni szczęśliwi, czy nie. Dopóki tego nie przełamią, o ile nie znajdują się w jakiejś tragicznej sytuacji, to szczęścia mogą nigdy nie zaznać.

Co ciekawe, różnice w podejmowaniu ryzyka przez kobiety i mężczyzn lub ludzi różnych kulturowo są widoczne, ale nie są one aż tak istotne, aby znacząco odbiegały od fundamentalnych reguł. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety boją się potencjalnych strat i są w stanie sporo zaryzykować, żeby ich uniknąć.

Na krzywej „S” znajduje się pionowy odcinek, który odzwierciedla warunki, w których człowiek jest szczęśliwy. W polskich realiach jest to sytuacja, w której osiąga on do 10 000 zł dochodu miesięcznie, czyli ma zabezpieczone wszystkie podstawowe potrzeby na satysfakcjonującym poziomie i jest w stanie odłożyć jakąś kwotę. Powyżej tego pułapu użyteczność pieniędzy spłaszcza się na wykresie, czyli radość z ich pomnażania jest niewielka.

Strach przed stratą może poważnie przeszkodzić w prowadzeniu biznesu, ale na szczęście są sposoby przełamania lęku przed podejmowaniem ryzyka. Jest na to kilka sposobów, które skutkują przynajmniej subiektywnym zawyżeniem prawdopodobieństwa zysku. Idealna sytuacja byłaby wtedy, gdyby zmiana była obiektywna, czyli człowiek byłby obiektywnie przekonany, że szansa na to, że wygra, jest o wiele większa niż szansa, że straci zainwestowane pieniądze. Wartość tej wygranej powinna być oczywiście wyższa niż wartość pieniędzy zainwestowanych.

Druga część teorii perspektywy mówi o tym, że nawet jeśli prawdopodobieństwo straty jest naprawdę bardzo małe, to człowiek i tak je zawyży. Ludzie nie tylko zniekształcają wypłaty (pierwszy milion cieszy bardziej niż siedemnasty), ale traktują prawdopodobieństwo nieliniowo. Oznacza to, że bardzo mocno zawyżamy małe prawdopodobieństwa i zaniżamy duże. Przykładowo, jeśli ktoś powie ci, że coś niepożądanego może wydarzyć się z prawdopodobieństwem 0.001, to w twoim umyśle jest to 0.2, a nawet 0.3, czyli subiektywnie zawyżysz wartość tej małej szansy na niepowodzenie.

Ewolucja przystosowała nas do tego, aby nie ryzykować i bać się strat. Najwyraźniej okazywało się, że nasi przodkowie lepiej wychodzili na tym, że wykazywali awersję do ryzyka. Kilkaset lat temu rządził paradygmat homo oeconomicus. Polegał on na tym, że uznawano człowieka za byt racjonalny, który maksymalizuje bogactwo, czyli robi wszystko lub dużo, aby pomnożyć majątek. Wraz z rozwojem badań na pograniczu psychologii i ekonomii okazało się, że nie jest to prawdą. Człowiek potrafi maksymalizować również inne wartości jak piękno, sprawiedliwość, czy dobro.

Dzięki temu zarządzanie ryzykiem w przypadku projektów, które są bliskie twoim wartościom, może odbiegać od naukowych wyliczeń. Jeśli coś jest bliskie twojemu sercu, zaangażujesz się, zwycięsko pokonując lęk przed stratą.

Artykuł powstał na podstawie podcastu Ruszamy Nieruchomości nr 156 – Dlaczego boimy się strat?

 

Notka o autorkach

 

Marta Baczewska-Golik

Podcaster & Agent Nieruchomości

Marta Baczewska-Golik, przedsiębiorca, właścicielka agencji nieruchomości, autorka podcastu Ruszamy Nieruchomości. Pośredniczyła w transakcjach o wartości blisko 80 mln zł dzięki czemu zdobyła ogromną wiedzę i doświadczenie na temat rynku nieruchomości oraz aspektów prawnych.

Pracowała na rynku w kryzysie i na tzw. górce. Wie dokładnie jak szybko i skutecznie sprzedawać nieruchomości niezależnie od sytuacji na rynku. Opanowała do perfekcji przygotowanie nieruchomości do sprzedaży i prowadzenie procesu sprzedaży tak, aby uzyskało wyższą cenę niż ofertowa.

Z powodzeniem podnajmowała i zarządzała apartamentami w Sopocie o wartości 8 mln zł. Jest mistrzem w układaniu biznesu tak, aby móc pozwolić sobie na długie wakacje, podróże, oraz czas dla najbliższych. Zawsze dąży do sytuacji WIN-WIN.

Sama inwestuje w grunty, wierzytelności i obecnie przygotowuje swoją pierwszą inwestycję deweloperską.

 

Marta Smith

Inwestuje w nieruchomości i jest właścicielką sieci hoteli w Walii. W ciągu zaledwie 5 lat udało jej się zbudować portfel nieruchomości w postaci 20 własnych domów na wynajem długoterminowy w UK oraz kilkunastu domów i mieszkań na najem krótkoterminowy w podnajmie.

Jest praktykiem rynku i już dziś gdyby chciała mogłaby spokojnie wieść życie rentierki. Jednak jej energia, chęć dzielenia się wiedzą i doświadczeniem oraz wpływanie pozytywnie na lokalną społeczność poprzez tworzenie nowych miejsc pracy są dla niej jak turbina, której nie może powstrzymać.

Często o sobie mówi, że zaczynając inwestować chciała uzyskać wymarzony dochód pasywny, by móc podróżować po świecie, a dzisiaj to coś znacznie więcej. Kocha inspirować innych do osiągania finansowej niezależności.